środa, 28 stycznia 2015

nic na siłę

Tym razem skupię się trochę na sobie.
Każda z nas na pewno,ma czasem uczucie,że coś musi zmienić w swoim życiu.
Ja niestety mam słomiany zapał.
Wymyślę coś,zacznę realizować ale po pewnym czasie jakoś wszystko rozchodzi się po kościach...
To moja wielka wada i jednocześnie udręka,jestem nie konsekwentna wobec siebie.



W czasie ciąży z chudzielca z wagą 50 kg zamieniłam się w trzydrzwiową szafę z wagą 85 kg...
Straszne,przez pierwsze dwa tygodnie po porodzie nie chciałam patrzeć w lustro,wręcz płakałam gdy widziałam do jakiego stanu się doprowadziłam.
Nigdy wcześniej nie musiałam ćwiczyć,wysilać się żeby dobrze wyglądać i szczerze mówiąc pasowało mi to bo jakoś specjalnie nie byłam typem sportowca. Jadłam co chciałam,nie tyjąc.
Będąc w ciąży do 6 miesiąca przytyłam może 3 kg, nie miałam prawie w ogóle brzucha. Cieszyłam się jak głupia,że uda mi się "pięknie" wyglądać do rozwiązania.
Niestety, moje przyzwyczajenia żywieniowe dały się we znaki. W ciągu następnych 3 miesięcy roztyłam się, dosłownie mnie "wywaliło". Brzuch z prawie niewidocznego zamienił się w piłkę lekarską,a ja sama wyglądałam jak wielki pączek.
Gdy teraz patrzę na zdjęcia z porodówki nie umiem uwierzyć że to byłam ja...

Wracając do domu,miałam opracowany cały plan pozbycia się zbędnych kilogramów. Moje oczekiwania jednak przerosły moje możliwości,po cesarskim cięciu miałam zakaz ćwiczenia przez 3 miesiące;/ z resztą jak się okazało nawet nie miałam na nie ochoty.
Trudno było mi się podnieść z łóżka a co dopiero się myśleć o ćwiczeniach.
Przez pierwsze pół roku ledwo żyłam,Antek dawał mocno w kość,a ja w sumie zostałam ze wszystkim sama.
Mój ruch ograniczał się do chodzenia na spacery i sprzątania.
To trochę za mało żeby pozbyć się kilogramów.

Zaczęłam stosować różne diety,każda z nich okazywała się na dłuższą metę niewypałem. Albo było mi niedobrze,albo prawie mdlałam.
Nie potrafiłam zaakceptować siebie, dać sobie i swojemu organizmowi czas.
Chciałam wszystko mieć na już, teraz.
Najgłupsze myślenie na świecie, bo przecież nie da się zmienić swojego ciała w ciągu miesiąca.

Po pewnym czasie zrezygnowałam,miałam na głowie remont, przeprowadzkę,małe dziecko i męża który wiecznie był w pracy.

Próbowałam ćwiczyć w domu,ale im Antek był starszy tym trudniej było mi znaleźć czas.
Jednak biegający po mieszkaniu brzdąc nie sprzyja treningowi (oczy musisz mieć wokół głowy).

Po świętach stwierdziłam,że muszę coś ze sobą zrobić.
Nie chodzi mi o bycie fit mamą,ale o własne dobre samopoczucie.
Nie jestem na żadnej diecie,staram się po prostu zdrowiej jeść,ćwiczę z Mel B (polecam wszystkim!) chodzę na siłownie.
Udało mi się w miarę doprowadzić się do porządku.

Może to mało,ale powiem szczerze,że czuję się dużo lepiej.
Mam tą godzinkę/dwie dla siebie.

I nigdy nie sądziłam,że to powiem,ale wizyty na siłowni dają mi dużo satysfakcji.
W końcu zaakceptowałam siebie i nie robię nic na siłę.

Teraz wiem,że nie odpuszczę.
Także trzymajcie za mnie kciuki,może za jakiś czas pokażę efekty;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz